Kolokwium miało miejsce w piątek i niestety, jak zwykle, będę je zaliczać jeszcze raz w drugim terminie, czyli w przyszły piątek. Zabrakło mi 3 punktów na szpilkach. Może to i lepiej, dokładniej doczytam sobie pewien skrypt, który powinnam umieć teoretycznie na pamięć. Powiedzmy, że w praktyce jak na razie wygląda to troszkę inaczej.
W każdym razie w ramach poprawy humoru zakupiłam sobie "swoją" gazetę, czyli Bluszcza i cały piątek sobie odpoczywałam, mając anatomię w ... nosie. Ja lubię ten przedmiot, na prawdę. Można się dowiedzieć tylu ciekawych rzeczy, tylko lubię widzieć efekty swojej pracy, a akurat tylko tu tego nie widzę. Może następny temat pójdzie mi lepiej? Teraz głowa i szyja, podobno najtrudniejszy.
Powoli odnajduję się w Warszawie. Nowe znajomości mają zaczątki przyjaźni, zobaczymy. Powoli odbudowuję tu swój świat. Jeszcze bardzo dużo mu brakuje i nigdy nie będzie to mój dom, ale może zacznie być znośny i taki bardziej oswojony?
Mikołajki :), nawet do mnie przyszedł. Więc ktoś musiał mu podrzucić mój nowy adres. Dostałam czekoladę truskawkową, świąteczną, bo czerwoną :). Dowiedziałam się również, że Mikołaj podrzuca prezenty w różne miejsca. U mnie w domu zawsze były to buty, oczywiście największe jakie się miało. Wieczór przed, albo jeszcze wcześniej czyściło się je i pisało piękny list do rzeczonego świętego, żeby na pewno wiedział, co by się chciało dostać. Później, przed zaśnięciem, stawiało się buty przy łóżku i niecierpliwie czekało do rana. Zawsze przychodził. Najlepiej było, kiedy Mikołajki wypadały w sobotę lub niedzielę, bo wtedy do późna można było chodzić w piżamach i można było wpaść do rodziców z samego rana i oznajmić im, że Mikołaj przyszedł :). Jakie to było wydarzenie. Robiłyśmy też z siostrą ozdoby choinkowe, kilometrowe łańcuchy z pasków kolorowego papieru. Później koniecznie wszystkie musiały zawisnąć na choince. Wycinało się też szopkę, chyba z Misia. I oczywiście pieczenie pierniczków, obowiązkowo co roku. Najpierw razem z mamą, później z przyjaciółmi. To dopiero była zabawa :). Latanie z blachami przez piętra, prawie jak linie produkcyjna, oczywiście z kolędami w tle, najlepiej Preisnera. Są u nas zawsze na Wigilię, piękne i niesamowicie świąteczne, jednocześnie o głębokiej treści.
Tak się świątecznie rozmarzyłam. Niestety w tym roku większość tej świątecznej tradycji mnie ominie. Chociaż może uda się upiec kilka pierniczków razem ze znajomymi z Warszawy? Jak na razie na blogu pada śnieg :)
7 grudnia 2008
po OUN
Autor:
Marta
o
14:28
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz